Cmentarzysko rozmów – jak nie utknąć w martwym punkcie z telefonami z Tindera na Wht’s appie
Początek każdej historii z Tindera zaczyna się między innymi tak.
Sobota, późny wieczór, Warszawa. Nuda, samotność i poczucie, że można zawojować świat ale nie ma z kim. W powietrzu czuć już zapach lata, choć jeszcze nieśmiało puka nam do drzwi, bo zimna Zośka jeszcze nie odpuściła. Siedzę na kanapie, nogi podwinięte pod siebie, na stoliku prosecco, na twarzy maseczka z glinki. Laptop na kolanach, telefon w dłoni. Dziś nie mam ochoty na seriale, książki czy podcasty. Dziś chcę poczuć ten dreszcz ekscytacji, który towarzyszy każdemu przesunięciu w prawo.
Otwieram Tindera. Ekran rozświetla się znajomym różem, a ja czuję, jak serce bije mi szybciej. Przesuwam, przesuwam, przesuwam. Twarze mężczyzn przewijają się jak w kalejdoskopie. Każdy z nich to potencjalna historia, a może tylko kolejny duch na cmentarzysku rozmów z Tindera?
Pierwszy match – Tomek
Jest! Match z Tomkiem. Przystojny, lekki zarost, szeroki uśmiech. W opisie: „kocham podróże, kawę i dobre kino”. Brzmi obiecująco. Zawsze powtarzam sobie, że nie będę pierwsza pisać, ale… co mi szkodzi? Więc zaczynam rozmowę w nadziei, że odpisze.
„Ja:
Hej Tomek! Widzę, że też kochasz włoską kuchnię. Jakie jest Twoje ulubione danie?”
Posłałam zaczepkę. W głowie mam mętlik myśli i podejrzeń odpisze, czy nie?
Myślę sobie, że zaczęłam lekko, „nie spiesz się w szybkim nawiązaniu kontaktu” mówię sama do siebie. Niech wie, że mam klasę i poczucie humoru.
Jeszcze nie odwróciłam wzroku znad telefonu a tu przychodzi powiadomienie. Odpisał on, przystojny Tomek z Tindera.
„Cześć! Pizza. Zdecydowanie pizza. A Ty?”
Myślę sobie „okej, rybka złapała przynętę.” Pocą mi się dłonie z ekscytacji, bo cóż tu odpisać. Zniżyłam się do poziomu gastronomii międzynarodowej. Nawet sama gdybym coś takiego dostała, nie wiem co bym odpowiedziała. Po krótkiej chwili idę na całość.
„ Ja:
Makaron! Może kiedyś zrobimy włoski wieczór? 😉”
No i posłałam odpowiedz. A co mi tam. Albo ruszy ten kontakt i pojawi się chęć poznania w realu albo nie. Bo z mężczyznami trzeba bezpośrednio, bez owijania w bawełnę.
Czy to już za dużo? Może powinnam poczekać z propozycją spotkania? Ale ile można pisać „coś tam”? Zaczęłam za chwilę gdybać w myślach. Cisza. Minuta, dwie, godzina. Sprawdzam telefon, jakby od tego zależało moje szczęście. I nic.
No dobrze, pomyślałam. „Kaśka, nie panikuj. Może jest zajęty. Może właśnie ratuje świat. Może poszedł z psem na spacer”. I to ciągłe „może” ,”może”. Chodzę po domu i non stop zaglądam do Tindera. Po dwóch godzinach jego brak odpowiedzi doprowadził mnie do wniosku, że … już nie odpisze.
Cmentarzysko rozmów
To nie pierwszy raz. Każda kobieta, która korzysta z aplikacji randkowych, ma swoje własne cmentarzysko rozmów. To archiwum niedokończonych konwersacji, które nigdy nie wyszły poza small talk. Czasem to wina braku chemii, czasem – po prostu zabrakło tematu. Ale często to my, kobiety, popełniamy błędy, które sprawiają, że rozmowa umiera śmiercią naturalną.
Za szybkie otwieranie się
Chcesz być szczera, otwarta, pokazujesz, że jesteś zainteresowana. Ale uwaga! Zbyt szybkie dzielenie się prywatnymi szczegółami może działać odstraszająco.
Facetów zraża dosłownie wszystko. Lecz też trzeba wziąć po uwagę to, że są rożni. Jedni uważają, że to fajnie jak przejmuje się inicjatywę, a inni nie. Jedni siedzą na Tinderze dla seksu a inni dla rozrywki non stop. A inni doraźnie, w chwili kiedy pod pretekstem wyniesienia śmieci, wychodzą poza dom i odpisują, jak żona nie patrzy. I Tinder ma to do siebie , ze nie ma filtra „oczekiwania”, dlatego padamy ofiarą small talków, które zmierzają donikąd.
Kiedy po dniu zrażenia się do Tindera i przeprowadzenia w głowie dyskusji ,co robić dalej, podjęłam szablę do dłoni i poszłam na łowy jeszcze raz. Tym razem trafił mi się Andrzej, lat 50, po przejściach, otwarty na nowe. Hm…coś idealnie dla mnie, pomyślałam.
Już przy tej rozmowie, byłam bardziej ostrożna, po pierwszym zdaniu nie proponowałam NICZEGO. Ale też ta rozmowa, która wlekła się jak stara guma w majtkach, zmierzała również do NICZEGO. I tak szczerze, między nami kobietami, nie chciałam ani Andrzeja ani sprawdzenia czy jest otwarty na nowe czy na cokolwiek. Więc wypaliłam z grubej rury. A mam w sobie takie głupie poczucie bycia grzeczną, więc jakoś ładnie chciałam się z Andrzejem „pożegnać”.
„Ja:
Wiesz, właśnie wróciłam z terapii. Ciężki dzień, ale staram się być pozytywna!”
„Andrzej:
Okej… To dobrze, że się starasz.”
Ups. To chyba nie był najlepszy temat na początek zakończenia nudnej jak flaki z olejem , dwudniowej przepychanki na słowa. Kaśka, następnym razem trzymaj się lżejszych tematów! Radzę sobie samej. Ale co został kwas po „to dobrze, że się starasz”, że rzuciłam Tindera na parę dni, z poczuciem, że „o co come on chodzi w tej aplikacji?”. Czy ja jestem niedzisiejsza? Czy myślę po polsku a piszę po chińsku? I doszłam do następującego wniosku.
Zbyt szybkie przejście na What’s App’a
Facet proponuje przeniesienie rozmowy z Tindera na WhatsAppa po trzech wiadomościach. To może być znak zainteresowania, ale często to tylko sposób na zebranie numerów i „hurtowe” pisanie do kilku dziewczyn naraz. Tak, jest to przerażające ale prawdziwe. Przez pół roku 40 razy zgodziłam się na przekazanie swojego numeru telefonu by „wyjść z Tindera”, bo „łatwiej pisać”, bo „są powiadomienia”, bo „można zadzwonić jak chcesz!”.
A prawda jest inna, facet jest za leniwy, żeby ogarniać 10 rozmów z Tindera, w tym samym czasie. Przeskakiwanie z wątków na Tinderze i ogarnianie imion, oraz guzików do przesyłania odpowiedzi jest dla niego zdecydowanie „too much.” Więc jak głupia owca wędruję z Andrzejem, Karolem, Rafałem i innym garnizonem potencjalnych przygód seksualnych z Tindera, na What’s app’a, bo to dziś jest „normalne”. A wygląda to mniej więcej tak.
„Karol:
Może przeniesiemy się na WhatsAppa? Tu rzadko zaglądam.”
Czytam to i myślę sobie, po kilku miesiącach takiego pisania „serio?”. Więc z mojego skromnego doświadczenia , takie niewinne zaproszenie na What’s app’a niech będzie dla ciebie
czerwoną flagą numer jeden.
Szybka przeprowadzka poza aplikację? Czy on naprawdę jest taki zapracowany, czy po prostu kolekcjonuje numery? Tak powinnaś rozkminiać te jego „Rzadko tu zaglądam”. Bo jak już jesteś na What’s app’ie, to widzisz kiedy ostatnio był aktywny albo w ogóle że jest obecny na What’s app’ie. I to, jak cały czas widzisz ten zielony punkcik przy jego zdjęciu i nazwie konta, wiesz że pisze i widzi kto i kiedy pisze do niego i kiedy odczytał twoją wiadomość. Jeśli odczytał i nie odpowiedział, nie pisz dalej! Jeśli jest na What’s app’ie i nie odczytał i ty nie masz powiadomienia a mimo tego on tam nadal jest, to ma ciebie w głębokiej „d…ie”, do tego stopnia, że krótkie natychmiastowe powiadomienie mu wystarczyło, by ci nie odpowiadać i wysłać listem poleconym na cmentarzysko numerów z What’s app’a.
Ale jak jesteś dalej twarda w bojach i nie zniechęca cię każde wieńczenie czatu na What’s appie , to brniesz mniej więcej w takim stylu.
„Ja:
Jasne, mój numer to 123-456-789.”
No trudno, raz się żyje. Może tym razem się uda. By po dniu przekonać się, że się „nie udało.”
WhatsApp – nowa scena, stare problemy
Nowy dzień, nowa aplikacja. WhatsApp.
Czekam na wiadomość. W końcu pojawia się powiadomienie.
„Antoni:
Hej, tu Antoni z Tindera! Jak mija dzień?”
No cóż, nie ukrywam zadowolenia. Taki poranek trafił mi się, że hej! Więc napięta jak struna z zadowolenia, odpisuję.
„Ja:
Hej! Super, dzięki. A Tobie?”
Na co Antoni odpisuje.
„Antoni:
W pracy, nuda. Może wyślesz mi jakieś zdjęcie?”
No i jak wszystko dobrze się zaczęło, tak w sekundę zatarło się, jak silnik na chodzie, bez oleju.
Serio? Masz chłopie czas w biurze od rana oglądać gołe pośladki czy biusty babek z Tindera? Ledwo się znamy, a on już chce zdjęcia? No bo przecież nie jest zainteresowany błękitem Twojej tęczówki! Obolała emocjonalnie i wściekła jak osa jeszcze chwytam się brzytwy i piszę.
„Ja:
Haha, może przy kawie na żywo?”
Minuta ciszy, ikonka pisania pulsuje by dostać drugim ogłuchem po twarzy.
„Antoni:
Zobaczymy, zobaczymy. A masz jakieś zdjęcia z wakacji?”
No i po rozmowie. Ręce mi opadły, usta zwinęły się w podkowę i naburmuszona poszłam robić sobie kawę do porannego oglądania Teleranka. Skubany, taki elokwentny, zabawny, fotogeniczny. Lelum polelum popisane na profilowym. A to typowy kolekcjoner fotek. Ciekawe, czy w ogóle pamięta, jak mam na imię.
Ghosting – kiedy on znika bez słowa
Po kilku dniach ciszy, osłabiona poziomem nawiązywania kontaktów na Tinderze, grzeje moje, 40 letnie ciało na balkonie a tu w tle słyszę ciche powiadomienie na What’s app’ie. Znów wiadomość.
„Tomek:
Hej, co u Ciebie?”
Po trzech tygodniach milczenia, zerwania czatu w pół słowa , ni z tego ni owego, facet o 16.00 w sobotę mi pisze „hej!?” O, wrócił. Przypomniał sobie, że chamsko zerwał połączenie, kilka lasek wystawiło go na czacie, trzy nie przyszły na randkę a jedna odmówiła mu łóżkowych emocji i przypomniał sobie nieborak, że może odgrzać trzytygodniowe kotlety?!!! Może mu się nudziło, może znowu potrzebuje zdjęcia. Już po kilku miesiącach wprawy randkowania na Tinderze, pamiętałam dobrze, że nie reanimuję martwych rozmów! Ale na głupa , chcąc podrażnić się z facetem, odpisałam.
„Ja:
Hej, już myślałam, że zniknąłeś jak duch! 😉”.
Nie liczyłam że odpisze, że przeczyta. Odłożyłam telefon na kanapę i jeszcze nie doszłam do kuchni a tu telefon znów zadźwięczał. Myślę sobie „No nie! Facet nie ma honoru!”. Podchodzę do telefonu i czytam.
„Tomek:
Haha, bywa. Może się spotkamy?”
Wssało mnie, tak szczerze. Kompletnie wybiło z pantałyku. No ludzie, szanujmy się. „Spotkać się, jak trzy tygodnie temu, rzucił mój czat z nim, jak zużytą chusteczkę do śmieci?
A może nie?, pomyślałam. Bo spotkania nigdy nie proponuje, takie mam zasady. I znowu zostaję z pytaniem: po co to wszystko? Po co robić z siebie głupa. Po co w ogóle wirtualnie zaczepiać kogoś, kogo nie chciało się widzieć a nawet odpisywać.
Ghosting to niestety codzienność na Tinderze. Przyzwyczaj się. I nie, nie chodzi o to co piszesz, jak piszesz czy w ogóle piszesz. Możesz po zaczepce „hej!”, być w ogóle zlana i nie przez swoje zdjęcia czy to co masz w opisie profilu. Na Tinderze jest jak w Sodomie i Gomorze. Tam jest jak na dworcu wielkiej metropolii, ludzie biegną, potrącają się, przydeptują lub w ogóle tratują, bez uczuć, emocji, kultury słowa, empatii.
Facet znika bez słowa, nie tłumaczy się, nie odpisuje. Ty zostajesz z niedomkniętą historią i pytaniem: „co zrobiłam nie tak?”. Ja Ci odpowiem! „Nic! Kompletnie nic!” Tinder to matriks, gdzie nie liczą się żadne zasady korespondencji, szacunku w słowie i oczekiwań. Po drugie, na Tinderze jest teatr na zdjęcia, opisy i rozmowy. Kłamie się na potęgę, nie pamięta się imion, kontekstu rozmowy ani szczegółów, które napisało się o sobie.
Napisałam o czerwonych flagach by Cię ostrzec.
W świecie randkowania online są pewne sygnały, które powinny natychmiast zapalić Ci czerwoną lampkę. Oto najważniejsze czerwone flagi w rozmowach na Tinderze i WhatsAppie:
- zbyt szybkie przenoszenie rozmowy poza aplikację – często to sposób na anonimowość lub zbieranie numerów;
- brak zaangażowania w rozmowę – krótkie odpowiedzi, brak pytań, zero inicjatywy;
- unikanie spotkania – facet pisze tygodniami, ale nigdy nie proponuje spotkania;
- znikanie i pojawianie się po kilku dniach – klasyczny „ghosting na raty”;
- prośby o zdjęcia – zwłaszcza na początku znajomości.
Nowy bohater – Maciek
Nie poddaję się. Nowy dzień, nowy match. Maciek. Przystojny, zabawny, w opisie: „szukam kogoś do wspólnych podróży i śniadań w łóżku”. No pomyślałam sobie, czemu nie! W końcu pisze wprost, że to nie tylko o trzymanie dłoni chodzi na randce. Sprawdzę się a jak facet mi się spodoba to życie pokaże czy te śniadania są smaczne. Rozmowa szła świetnie! Już na nowo uwierzyłam, że Tinder jest dla normalnych ludzi, aż tu nagle.
„Maciek :
Hej! Jesteś bardziej kawą czy herbatą?”
„Ja:
Kawa, zdecydowanie. A Ty?”
„Maciek:
Kawa to życie! Może kiedyś razem wypijemy?”
Po kilku dniach flirtu, Maciek proponuje przejście na WhatsAppa. Bajka się kończy. Wyobrażenie moje o kawiarni z nim rozwiewa się, jak pierze na wietrze. Dałam numer by za minutę na What’s appi’ie.
„Maciek (WhatsApp):
Hej, tu Maciek z Tindera! Jak mija dzień?”
Pisze to facet, z bagażem życiowym i trójką dzieci z pierwszego małżeństwa. Co , nie pamięta, że 2 minuty temu jeszcze pisaliśmy na Tinderze!!??
„Ja:
Hej! Super, dzięki. A Tobie?”
Próbuje trzymać fason i nie robić z niego głupka. Ale strasznie mnie kusi, żeby zapytać, po co to rozpoczęcie rozmowy, jak byśmy nie korespondowali na Tinderze.
„Maciek:
W pracy, nuda. Może wyślesz mi jakieś zdjęcie?”
No nie wierzę. Facet ogarnięty, inteligentny , po paru minutach wylewa się, jak dziecko z kąpieli. Czy ja naprawdę wyglądam ,jak galeria sztuki? Kaśka, nie idź tą drogą! Myślę sobie, no dobra. Fajny jest, ciacho nieziemskie. Umówię się, chociaż sobie popatrzę i ogrzeje w świetle jego seksapilu.
„Ja:
Haha, może przy kawie na żywo?”
„Maciek:
Zobaczymy, zobaczymy. A masz jakieś zdjęcia z wakacji?”
Myślę sobie, ale chwilka, przecież to już było grane!Czy ja mam deja vu? Przecież tak samo prymitywnie zagaił do mnie Antoni!
No i po rozmowie. Nie odpuściłam, przeszłam do ataku. Nie musiałam długo sprawdzać. Antoni i Maciek to jedna i ta sama osoba. Tak mu się mylą laski z DWÓCH różnych profili na Tinderze, że nie panuje nad rozmowami, nawet na What’s app’ie.
Numer alarmowy – ratunek dla siebie
Po tej przygodzie z Maćkiem vel Antonim, zamiast płakać nad rozlanym latte, zamówiłam sobie podwójne espresso, odpaliłam ulubioną playlistę i… zaczęłam pisać tę opowieść. Bo życie jest zbyt krótkie, żeby tracić czas na duchy z Tindera i cmentarzyska rozmów.
Wiem już, że:
- Nie reanimuję martwych rozmów.
- Zwracam uwagę na czerwone flagi.
- Nie boję się kasować rozmów – to selekcja, nie porażka.
- Nie biorę ghostingu do siebie.
- Dbam o siebie – po każdej nieudanej rozmowie robię coś, co sprawia mi przyjemność.
Z humorem i dystansem
Wiecie, co dziś robię, jak pyta o numer telefonu do przejścia na What’s app’ie i od razu prosi o zdjęcie?
Odpisuję:
„Mam jedno – z twoim duchem!”
Dziewczyny, pamiętajcie – randkowanie online to nie wyrok, tylko przygoda. A Tinder to kompletny matriks. Tam nie ma żadnych zasad, tak jest orka na ugorze. I nie przejmuj się, że nie odpisuje, w połowie czatu wychodzi i nie odpowiada. To czysty prostak, lepiej żeby na samym początku tak się zachował, niż byś brnęła w tą znajomość kilka tygodni. Jeśli chcesz więcej takich historii, porad i randkowych numerów alarmowych, koniecznie zaglądaj na chicbykate.com.
Zostaw komentarz, opisz swoje przygody i… niech żaden duch z Tindera, którego potencjalny numer telefonu posiadasz na What’s app’ie nie popsuł Ci humoru! Zapisz go sobie „dupek z Tindera” i nie odpisuj za tydzień, miesiąc czy rok, bo i tacy się nawet zdarzają.
Z miłością i dystansem.
#randkowanie online, #ghosting, #Tinder, #czerwone flagi, #porady dla kobiet, #aplikacje randkowe, #jak nie utknąć na cmentarzysku rozmów, #chicbykate
