Moje wrażenia po byciu na Tinderze
Zalogowałam się 2 lata temu. Namówiła mnie koleżanka. Psycholog i terapeuta, która widziała we mnie potencjał na znalezienie partnera w wirtualnym świecie.
Przekonywała mnie, że w dzisiejszych czasach brak obecności na Tinderze, będąc singlem, jest odbierane jako dziwactwo. Nie wiedziała jednak, że zalogowanie się na Tinderze i uczciwe szukanie mądrego i dojrzałego partnera, jest jak pójście w nocy do lasu, w nadziei, że znajdzie się grzyby po małym deszczu.
„Kaśka, no co ty. Loguj się i działaj. Mam faceta na terapii. Dojrzały, mądry, całkiem niezły. Podobnie jak ty, samotny. Zalogowany na Tinderze!”- zachęciła mnie.
Dodała jednocześnie, że „ Kochana pamiętaj, że na Tinderze są wszyscy. Trzeba czasu, żeby przerzucić kupę gnoju, ale w pewnym momencie znajdziesz diament i zakochasz się.”- wyrecytowała to, na jednym wydechu.
No cóż, pomyślałam. Jestem staromodna. Pamiętam czasy, kiedy na studiach poznawało się mężczyzn w bibliotece, na stołówce czy na dyskotece. Ale te czasy się skończyły, jak zdobycie dyplomu i pójścia w siną dal, w swoim życiu zawodowym.
Na Tinderze jestem od dwóch lat. Nie mam żadnych sukcesów. Nie znalazłam diamentu. Za to wirtualnie wdziałam gumowe buty, ubrałam kombinezon, jak ludzie pracujący przy chemikaliach, założyłam gogle na oczy i poszłam na pole przerzucać gnój.
Tak, ona miała rację. Na Tinderze oglądając zdjęcia, zaczynając czaty, wychodząc na randki w realu, czujesz się z czasem, jak ekspert od nabierania gnoju w taki sposób, by na łopatę nabrało się jak najwięcej i by rzadkie opryski nie poplamiły twojego ubrania.
Randek z Tindera nie zliczę. Przyjęłam zasadę, że nie inicjuję spotkania. Tak, w staromodnym stylu uważam, że to do faceta należy inicjatywa.
Do pierwszych randek podchodziłam z ekscytacją, z jeszcze tą złudną nadzieją, że „to ten”.
Po pół roku wisiało mi, jak się ubiorę, czym będę pachnieć , jak się będę prezentować. Pamiętam moją pierwszą randkę z Piotrem , inżynierem od konstrukcji wiatraków. Rozwiedziony, z jednym dzieckiem, bez kontaktu w byłą.
Gdy go zobaczyłam, no cóż, nie piałam z zachwytu. Ale jedno co mi utkwiło w pamięci z tego spotkania , to zdanie, które wypowiedział do mnie Piotr.
„Kasia, ty nie pasujesz do Tindera”- podsumował mnie po 30 minutach rozmowy o niczym.
Wyobraź sobie moje zdumienie, chaos w głowie, jaki miałam , kiedy facet rzuca ci takim tekstem w twarz.
Po pół roku, w duchu przyznałam mu grzecznie rację.
Ja nie pasuję do Tindera.
Po roku używania tej aplikacji , moje nastawienie zmieniło się z ekscytacji do relacji „love- hate”.
„Love” dlatego, że Tinder karmi twoją próżność. Czytasz o sobie miłe słowa. Idziesz na spotkanie i widzisz w oczach przeciętnego faceta zachwyt i pożądanie gdy patrzy na ciebie.
Proponuje ci wymianę telefonów, ale ty wiesz, że to koniec bajki na jego koszt za kawę i ciastko. Możesz mu rzucić zmyślonym połączeniem 9 cyfr, kończąc spotkanie bez poczucia winy.
„Hate” u mnie kształtował się miesiącami. Najpierw lawirujesz na słowa na czacie. Dobierasz słowa , piszesz „t” i „m” dla słowa„ty”, „my” dużą literą, pamiętasz by nie urazić rozwodnika, nie rozczulić do łez i nie pytać o żonę wdowca czy nie obrazić faceta z wyższym wykształceniem, który w obyciu jest chamem.
Starasz się- to generalnie słowo wiodące w tych zmaganiach na czacie.
Ale w podzięce dostajesz po „Cześć” pytanie lub co gorsza żądanie „daj mi swój numer telefonu, bo stoję w korku”. Poznajesz Piotra, Daniela czy Grzegorza i starasz się pamiętać jego imię, bo profil ma nick, a ty nie możesz pomylić się, bo czatujesz z innymi,z nudy, z rozczarowania, z chęci dowartościowania się.
Zawsze jesteś egzaminowana ze swojej przeszłości. Czy jesteś rozwódką, czy masz dzieci, czy masz samochód no i creme de la creme, czy masz dom lub mieszkanie.
Rozumiesz o czym piszę?
Czy dostałam propozycję seksu? Tak.
Czy proponowano mi układ na „fucking frends”? Tak.
Czy dostałam ofertę od starszego dyrektora na układ w czasie jego wyjazdów służbowych? Tak.
Czy zostałam oszukana na wiek? Tak, deklarował się że ma 46 lat, a na randce po moim zapytaniu o wiek , dowiedziałam się że ma 53 lata.
Czy byłam na randce, gdzie facet wyglądał inaczej? Tak, bo okazało się, że nie miał innych zdjęć niż to , do swojego, pierwszego dowodu.
Czy czatowałam z kimś intensywnie i kolejnego dnia, kolega wyrzucił Ciebie z historii czata? Tak.
W końcu dochodzę do ostrego kalibru kuriozum na Tinderze!
Czy przyszłaś na spotkanie a pan nie? Tak, były 2 takie sytuacje. Jedna zdarzyła mi się w restauracji. Wytrzymałam 15 minut, po tym czasie, dopiłam kawę i wyszłam.
Druga sytuacja to była taka, że pan siedział już w kawiarni a ja czekałam na zewnątrz. Nie podaliśmy sobie numerów telefonu, więc finalnie nie zobaczyliśmy się, bo inaczej pojmowaliśmy miejsce spotkania. Może i dobrze, bo jak się gubimy na miejsce spotkania, to co by to było dopiero , w zakresie meandrów prozy życia.
Czy czatowałaś z młodszym? Tak, i to był najgłupszy czat jaki przeżyłam, bo do spotkania nie doszło a przeczytałam o sobie , że jestem facetem…. Hm? Zastanawiające!
Nie pamiętam ile czatów/ rozmów odbyłam. Też przyznaję , że z kimś rozmawiałam uczciwie a z kimś innym pisałam, co mi na myśl przyszło.
Na pytanie czy pracuje i jak, odpowiadałam że nie muszę bo wygrałam 5 000 000 zł w Toto lotka. A zajmuję się pisaniem książek, jestem adwokatem (co akurat jest prawdą), który poluje na profil męża mojej klientki, jestem dziennikarką, psychologiem, psychiatrą, projektantem rzeczy zbytecznych i nieużytecznych a jak ktoś mnie rozwścieczył to byłam policjantką, agentem CBA lub urzędnikiem skarbówki. W końcu zawód seksuologa jest również dobrym tipem na zniechęcenie typa na Tinderze. Polecam spróbuj , zapewniam, że działa!
Przyznaję z ręką na sercu, że 99,99 % randek kończyłam na pierwszym spotkaniu. Jedna historia znajomości zakończyła się teatralnym spektaklem na What’s appie, po miesiącu rozmów i spotkań, bo powiedziałam mu w twarz „że nie prześpię się z tobą”. Spotkań było 6 w przeciągu miesiąca. Dodałam , że „może lepiej zaloguj się na Roxy albo wykup abonament do filmów na kamerce w wersji premium na Pornhubie”. Chyba zdajesz sobie sprawę, jak Piotr z czułego partnera od „co tam kochanie?”, „Kasiu, kochana..” „Kasieńko dzień dobry”, stał się zimnym abnegatem naszej znajomości. Od tego czasu nie miał ochotny na spotkania, Zosia, jego córka miała w ciągle zajęcia po szkole, eksżona zabrała mu samochód no i on nagle miał mnóstwo pracy na etacie, z przymusem pozostania po godzinach.
Na Tinderze liczy się czas. Jeśli z osoby, która kogoś chce poznać zmieniasz się w pisarza, który czatuje przez 2 tygodnie, to ta znajomość „zdycha śmiercią naturalną”. Zasada jest jedna, im szybciej tym lepiej. Zrozumiałam to po 1,5 roku. Zostałam nieraz zrugana, że nie odpisuję co 5 minut, że nie odzywam się kolejnego dnia a już nie odpisywanie na słodkie słóweczka w weekend, jednoznacznie zaszufladkuje Cię jako samotną matkę bez widzeń dziecka z ekspartnerem.
Tinder a może lepiej to ujmując użytkownik Tindera stawia cię w szeregu. Masz stać prosto, bez wydechu i na pojawiające się powiadomienie loga Tindera, masz od razu odpisać, bez przerwy i broń Boże wylogować się. Jak nie, to jesteś wykasowana z historii czatów.
Tinder nie znosi „offline”. Masz być tam non stop. I nawet jeśli skupiasz się na nowej znajomości, to i tak jesteś sprawdzana, czy tam nie działasz. Mały zielony punkcik zdradza twoją wierność i uczciwość.
Nie jesteś na Tinderze, nie odzywasz się, nie odpisujesz, zaglądasz po jakimś czasie, znajomość jest urywana a Tinder „karze” cię uśpieniem twojego konta.
Kolejne odkrycie, to posiadanie przez użytkownika kilku kont. Tak, kilku, nie pomyliłam się pisząc to. Raz pisałam z „Andrzejem, lat 51 , fotograf. Police pod Szczecinem”. Rozmowa była tak fascynująca, jak oglądanie serialu tureckiego, tuż po obiedzie. Między nami „chemii” na słowa nie było. Facet pisał elaboraty na swój temat. Niedorzeczność jego słów została przeze mnie zapamiętania. I po jakiś kilku tygodniach zmatchowało mnie z „Wojciechem, lat 49, fotograf, Szczecin”. Jakież było moje zdumnienie, kiedy czytałam te same teksty, taką samą sekwencję pytań i opisy na jego temat. Pomyślałam, „ależ to już było kiedyś grane”. I tak, nie myliłam się, Andrzej był Wojciechem, tylko z innym zdjęciem profilowym i kolejnym kontem.
Czemu tak się robi? Bo jesteś sprawdzana! Egzamin zdajesz z prawdomówności oraz z lojalności, na wypadek jakby Andrzej zaczął się z tobą spotykać, a ty w tym samym czasie być może piszesz na Tinderze z Wojciechem.
Rozczarowania na Tinderze towarzyszą ci ciągłe. Albo źle odczytujesz intencje, jesteś manipulowana, dostajesz wymyśloną historię faceta na jego temat a wieńczysz to wyrazem zdegustowania na swojej twarzy, jak na spotkaniu siedzisz przed kimś kto kompletnie nie wygląda, jak ze zdjęć. Okazuje się w dowcipnym tonie, że na fotografiach facet był na wdechu, z lekkim brzuszkiem, ale na randce do stołu zasiadasz najpierw z jego brzuchem a dopiero chwilę po, obserwujesz jak pod swój zadek ten, nie o wadze piórkowej mężczyzna, zasiada na krzesełku, które nie daje gwarancji, że się nie rozpadnie pod ciężarem aspirującego do miłości zawodnika sumo.
Tinder to miejsce, które przypomina labirynt z luster. Masz złudzenia co do widzenia , słyszenia i przeżywania dziwnych sytuacji.
Kogoś widzisz ale nie wiesz gdzie. Chcesz porozmawiać, jak człowiek z człowiekiem na randce, ale okazuje się że przybyłaś na stand-up pt. „monolog petenta”, który niecierpliwi się w kolejce do toalety i gada co podpadnie byle szybciej i zabawniej ,by ulżyć swoim potrzebom fizjologicznym.
Przeżyłam 40 minut swojego życia, na spotkaniu, którego absolutnie nie nazwę randką i słuchałam tylko faceta, gdzie on nawet nie zapytał jak mam na imię, bo 4 razy pomylił się zwracają się do mnie „Karolina, słuchaj…”, „Wiesz Karolina…”. No w sumie facet dobrze błądził, bo imię Kasia i Karolina zaczynają się na „k”.
Rozumiesz, że wtedy świetnie działają sposoby na angielskie wyjście z randki lub odegranie dramatu roztargnionej matki, która zapomniała odebrać dziecko z przedszkola, lub udajesz, że odbierasz pilny telefon czy sms, o wadze państwowej i musisz wyjść , bo świat Ciebie potrzebuje.
Tinder wymaga od ciebie deklaracji. Albo szukasz partnera (!?), albo seksu albo przyjaźni. Wszystko przerobiłam , szarpiąc się w odmętach niedorzeczności , szczekając jak mały ratlerek, rozwścieczony obecnością obcego, na swoim obsikanym na spacerze terytorium. Partner nie odpowiadał standardom w 99,99%, seks był proponowany i narzucany, bez prawa odmowy poprzedzony zdjęciem miejsc intymnych bez filtrów, konkretnie i dosadnie. A przyjaźń to ja pielęgnuję ze swoim psem. Wiernym, oddanym i kiedy trzeba milczymy długimi godzinami.
Tak , to wszystko zniechęca.
Po moich 2 latach zmagań na Tinderze, mogę śmiało powiedzieć, że jestem specjalistką ds. randkowania. Mogę być coachem dla faceta, mogę być ramieniem do wypłakania się dla porzuconego lub rozwiedzionego. Mogę być słuchaczem dla narcyza, przypadkową kobietą, która przyszła na spotkanie, po porzuceniu swojej zamęczonej zachowaniem ofiary.
Nie byłam i nie jestem kolekcjonerką cielesnych zmagań, w hotelowej pościeli. Rozliczam z kłamstw, mówię prawdę w oczy i jestem wilczycą w owczej skórze, która obecnie chodzi bez watahy, by na bieżąco obserwować oszustów, w tym tych matrymonialnych.
